zalożyłam bloga i miał on być motywacją. a tymczasem przyszło lato, bo wiosną tego co się dzieje za oknem nazwać nie można. więc całe dnie spędzam z małą na spacerach. to na mieście. to nad jeziorem. to nad morzem. poza tym, mała, kiedy jest w domu to absolutnie nie marnuje czasu na spanie. na zewnątrz potrafi za to nawet i 3 godziny przespać. dlatego wolę z nią cały dzień łazić. poza tym jak to mówią małe dziecko mały problem- duże dziecko duży problem.. matylda już raczkuje, a co za tym idzie zasuwa mi po całym domu i nie mogę z niej normalnie oka spuścić, bo oczywiście łapie się tylko za to za co nie wolno.
i do tego jeszcze te zęby. dziś kończy 7 miesięcy, a ma już 6 sztuk. ostatnie- 2 górne dwójki wyszły jej kilka dni temu. nocy nie przesypia. cały czas mogłaby ciumkać cycka. nie ma nawet szans na odłożenie jej do łóżeczka, bo od razu jest histeria. śpi więc przy cycku, dzięki czemu i ja się też nie wysypiam. i tak w kółko macieju. próby podawania jej butelki kończą się absolutnie na niczym. nie i koniec.
a scrapowanie?? no owszem odłożone jest w pudełkach... nie mam siły i czasu przede wszystkim. do tego nawet żadne wędrujące do mnie nie przyszły..
no i zlot. napaliłam się na niego, ale chyba jednak nie dam rady. okazało się, ze mój małżonek ma 14 czerwca ligę strzelecką w chodzieży. drugie zawody z trzech. po raz pierwszy od lat udało mu się załapać od ligi i nie może teraz z niej zrezygnować, a dziecka też ze sobą na strzelnicę nie zabierze. tak więc pozostaje mi mała.
podróż pociągiem odpada, bo nie mamy nikogo w warszawce, a z nią musiałabym jechać w piątek i wracać w niedzielę. poza tym samochodem też nie da rady, bo by nam się podróż wydłużyła o nie wiem ile godzin, tym bardziej, ze ja siedziałbym z przodu a ona z tyłu... no i nie wiem co wymyślić teraz, żeby było dobrze. bo szczerze, to nie wybaczę sobie nigdy jak się tam nie pojawię..